Zgodnie z marszrutą wyznaczoną rozkazem dywizji 28 Pułk Strzelców Kaniowskich w nocy z 6 na 7 września wkracza do grotnickiego lasu i zajmuje pozycje w jego wschodniej części, w rejonie Lućmierza. Tu pułk ubezpiecza się obronnie i zbiera siły do dalszego marszu.
Przyspiesza go pojawienie się około godziny 12 na szosie do Zgierza niemieckiego oddziału rozpoznawczego z 24 dywizji piechoty. Z faktu tego wynika, że Ozorków jest już zajęty przez nieprzyjaciela. W tej sytuacji pułkowi grozi oskrzydlenie od północy. Pułk jest również zagrożony i od wschodu, o czym polskie dowództwo jeszcze nie wie, przez 10 dywizję piechoty, która wkroczyła do Zgierza i opanowała szosę do Strykowa.
Obecny w dniu 7 września przy pułku gen. Dindorf - Ankowicz wydaje rozkaz niezwłocznego kontynuowania odwrotu. Pułk przeskakuje szosę Ozorków - Zgierz i w pośpiechu maszeruje przez Rosanów, Dąbrówkę Strumiany na Szczawin. Na czele idzie batalion pierwszy, po nim trzeci i drugi. Za strzelcami cztery baterie dział i tabory.
Przemarsz odbywa się w atmosferze nerwowości wywołanej zagrożeniem okrążenia i ataku lotniczego. Niezmiernie rozciągnięta kolumna wojska na piaszczystych drogach wznieca tumany kurzu. Żołnierzom doskwiera upał, zmęczenie wyciska ostatni pot, pył wysusza gardła.
Ponaglające rozkazy dowódców nie pozwalają na chwilę odpoczynku i zaspokojenie pragnienia. W mijanych wsiach piechurzy tylko z marszu, nie zatrzymując się, wychylają mleko i wodę z naczyń podawaną przez wieśniaków wyległych z chat.
Tempo odwrotu pułku osłabiają przecinające jego oś marszu szwadrony kawalerii wycofującej się na wschód oraz daleki ogień nękający niemieckiej artylerii prowadzony z drogi Zgierz - Stryków.
Jeszcze przed wieczorem czoło kolumny dopada szczawińskiego lasu i zanurza się w zbawczy gąszcz. Pułk kieruje się drogą leśną prowadząca na północ w kierunku Kęblin. Dowódca pułku ppłk. Wincenty Kurek tam zamierza przejść po moście przez Moszczenicę, a potem przekroczyć szosę Ozorków - Stryków i bocznymi drogami dotrzeć w rejon Głowna, gdzie mają się zebrać pozostałe pułki 10 dywizji i Kresowa Brygada Kawalerii.
Zamiar ten niweczy meldunek wysłanego do przodu patrolu: Niemcy na silnie obsadzonych stanowiskach ogniowych blokują drogę w Kęblinach. Jak się potem okaże, był to wysunięty podjazd zmotoryzowanej tej samej 24 dywizji piechoty, z którą pułk ciągle walczył, poczynając od 1 września na wysuniętych pod samą granicę pozycjach, aż do głównej linii obrony na Warcie.
Opanowawszy rano Ozorków, dywizja ta jak macki wysunęła silne oddziały rozpoznawcze w stronę Zgierza i Strykowa. Ten drugi kierunek był szczególnie ważny, ponieważ stanowił oś przemarszu całej jednostki.
Dowódca pułku, nie chcąc wdawać się w nocną walkę z przeciwnikiem o nierozpoznanej sile bojowej, zdecydował się skierować swoje bataliony drogą leśną (zwaną przez miejscowych „szerokim duktem”) w stronę Swędowa, żeby o 3 km dalej przeprawić się przez Moszczenicę i po przekroczeniu szosy Ozorków – Stryków na wysokości Anielina przez Koźle kontynuować odwrót w kierunku Głowna.
Niestety, po dotarciu do mostu okazało się, że wycofuje się po nim Kresowa Brygada Kawalerii. Przy wiszącej nad pułkiem groźbie odcięcia czas był zbyt cenny, żeby czekać do rana i przeprawiać się w ciągu dnia, prawdopodobnie pod ogniem nieprzyjaciela.
Dowódca pułku wydaje nowy rozkaz. Rozciągnięta na leśnym dukcie parokilometrowa kolumna wojska robi w tył zwrot i rusza już w ciemnościach na pierwotny szlak marszu, żeby w walce otworzyć sobie drogę na Głowno.
Ostatniemu dotąd w kolumnie 2 batalionowi majora Korczewskiego, który przy zmianie kierunku stał się czołowym, przypada teraz trudne zadanie wyparcia Niemców z pozycji w Kęblinach.
|
Kompanie 4, 5 i 6 wsparte plutonem artylerii bez przeszkód przekraczają most na Moszczenicy, ale gdy rozwinięte tyraliery wychodzą z lasu dostają się pod silny ogień karabinów maszynowych i moździerzy. Nie pomaga osobisty przykład dowódcy pułku, który sam kieruje natarciem oraz innych oficerów, próbujących poderwać do ataku zalegające pod celnym ogniem kompanie.
Wróg w zabudowaniach wsi i folwarku trzyma się mocno. Polskie natarcie załamuje się. Żołnierze wycofują się. Na polu walki pozostają zabici i ranni. Z oficerów ginie między innymi dowódca batalionu major Korczewski, porucznik Górnicki i podporucznik Janowski.
Śmiertelne rany odnosi porucznik Jan Świerczewski, który umiera potem w zgierskim szpitalu.
Droga na Głowno musi być jednak otwarta. Na Kębliny uderza następny w kolumnie pierwszy batalion majora Kubalskiego. Dwie kompanie strzeleckie wspierane przez kompanię rkm i pluton artylerii nacierają wzdłuż drogi po obu jej stronach. Już wygląda na to, że uzyskają powodzenie, gdy spada na nich ogień z tyłu od własnych oddziałów wycofanego 2 batalionu, przeświadczonych, że idzie niemieckie przeciwuderzenie.
Na stanowiskach 1 batalionu wybucha zamieszanie i wywołuje u niektórych żołnierzy panikę. W ciemnościach nocy przy przesunięciach oddziałów trudno odróżnić, kto wróg a kto swój.
Ale major Kubalski mimo niepowodzeń nie odstępuje spod Kęblin. Udaje mu się zebrać rozproszone oddziały i po desperackim ataku już pod koniec nocy wyrzucić Niemców ze wsi i folwarku. Droga odwrotu dla pułku otwarta.
Cena tego zwycięstwa jest wysoka. Na przedpolu stanowisk niemieckich między wsią, a północnym skrajem lasu, pole walki zasłane zabitymi i rannymi żołnierzami. Na drodze ze Szczawina pełno zniszczonego sprzętu wojskowego, zabitych koni i rozbitych wozów.
Major Kubalski wysyła gońców do pułku z meldunkiem, że Niemcy są wyparci z Kęblin i droga do Głowna wolna.
Nie wracają gońcy, nie nadciąga pułk. Okaże się wkrótce, że ofiara krwi przelana pod Kęblinami nie była aż tak konieczna. Z otwartej tu drogi odwrotu skorzystają tylko te oddziały, które ją wywalczyły. Reszta pułku, nie niepokojona przez nieprzyjaciela, wycofała się za kawalerią po moście na Moszczenicy na wschodnim skraju szczawińskiego lasu.
Gdy rozdzielone na przeprawach bataliony pułku i ogon kolumny z częścią taborów, który obchodził kompleks leśny od południa przez wieś Szczawin i Swędów, zebrały się 8 września rano pod Strykowem, przedstawiały siłę zaledwie półtora batalionu.
Żołnierze, którzy nie zebrali się na punkcie zbornym, polegli bądź zostali ranni lub wzięci do niewoli. Gdy już pułk odszedł na Głowno, zagubieni w ostępach leśnych zdesperowani żołnierze lub w niewielkich grupach prowadzili jeszcze utarczki ogniowe z przeczesującymi las Niemcami. Nielicznym udało się uniknąć walki i przeczekać w ukryciu na rozpoczętą w następnym dniu nad Bzurą ofensywę działania armii Poznań.
Żyją w Kęblinach świadkowie tamtych dramatycznych wydarzeń. Pamiętają nocną bitwę. Rozmawiałem między innymi z uczestnikiem ekshumacji poległych z tymczasowego miejsca pochówku obok dworu w Kęblinach na cmentarz parafialny w Białej. Chłopskimi furkami wywieziono na miejsce wiecznego spoczynku 96 polskich żołnierzy. Niemców wg ich oceny mogło polec około trzydziestu.
Dziś, po tamtych wydarzeniach, pozostał trwały ślad na cmentarzu w Białej w postaci wspólnej mogiły bezimiennych bohaterów walki nad Moszczenicą oraz niezbyt fortunnie zredagowana nazwa uliczki w Kęblinach „Obrońców 1939r.” Właśnie wzdłuż tej drogi - dzisiaj awansowanej do ulicy, nacierały polskie tyraliery.
|
Artykuł Stanisława Frątczaka
z miesięcznika Na Ziemi Zgierskiej przepisał
Damian Bartczak.
|
Wszelkie prawa zastrzeżone. |